Poprzednia, dwudziesta część
tutaj.
Odkąd do Terrington zawitała moja
ciotka, miałam przeczucie, że wydarzy się coś więcej. Jej propozycja pracy była
zbyt nierealna i piękna, i wszystko układało się zbyt dobrze, żeby mogło tak
zostać. Nie myliłam się – już dzień po jej przyjeździe, gdy jedliśmy wraz z nią
obiad w moim domu, gdzie nas zaprosiła, do drzwi zapukała pani Jones. Otworzył
jej John.
- Czego pani od nas chce? –
warknął – Proszę wyjść i nie zbliżać się do naszego domu!
- Kochany, wysłuchaj mnie! –
kobieta niespodziewanie zalała się łzami – Miejcie litość dla mojego dziecka!
Przez was musi się ukrywać, wyjechała w świat, zostawiła dzieci, a do mnie
policja ciągle przychodzi!
- Litość? Pani raczy żartować! –
John wybuchnął, widziałam po nim że jest niesamowicie wściekły – Sarah chciała
skrzywdzić moją narzeczoną, groziła jej i została przyłapana przy naszym domu z
ostrym narzędziem! Mało pani!? Śmie pani przychodzić i mówić, że to przez nas!?
- Litości! Ona zrozumiała, na
wie, że źle zrobiła, wie że tak nie wolno i musi przeprosić.
- Przeprosi w sądzie – wtrąciłam
się – Proszę dać nam spokój.
- Zaraz, Katie, to ta wiejska
latawica? – zaciekawiła się ciotka – Ta, co to chciała twojego Johna do łóżka
zaciągnąć?
- Tak, ciociu, i matka tej… Tej,
która mnie nęka.
- Podejdź no, diablico! Nie
wstydź ci nachodzić te biedne dzieci? Wstydu nie masz, wieśniaczko!
- Nie z tobą rozmawiam,
lafiryndo! – odgryzła się Jones.
- JA lafiryndą!? – oburzyła się
Josephine – JA!? TYLKO moja bratowa ma prawo mnie tak nazywać!
- Lafirynda! Pusta, stara torba!
- Proszę się wynosić! – wrzasnął
John – Albo i do pani wezwę policję!
- Zlituj się! – kobieta padła na
kolana i złapała go za ręce – Nie wytrzymam tego! Nie rób mi więcej krzywdy!
- Nazwała mnie pustą lafiryndą! –
krzyknęła Josephine, chwytając panią Jones za włosy – Starą torbą! Zabiję ją!
Obie kobiety rzuciły się na
siebie, szarpiąc się i krzycząc przeróżne wulgarne określenia. Ciotka pchnęła
Jones na podłogę i uklękła przy niej, chwytając ją za poły płaszcza i szarpiąc.
- Kryminalistki! Ty i twoja
córka! Patologia!
- Puść mnie, głupia babo!
- Przeproś mnie, ladacznico!
- Nigdy!
- Radzę pani posłuchać –
powiedział John – Ciocia nie żartuje.
- Prze… przepraszam! – ryknęła
upokorzona Jones – Wystarczy!?
- Puszczalska krowa! – ciotka
szarpnęła nią ostatni raz i podniosła się z podłogi.
- O ty…
- Proszę liczyć się ze słowami! –
zastrzegłam – I niech pani już wyjdzie, proszę.
- Miej litość – kobieta spojrzała
na mnie błagalnym wzrokiem, gdy John prowadził roztrzęsioną ciotkę do kuchni –
My bez Sarah bardzo cierpimy, dzieci płaczą po nocach…
- Proszę pani, Sarah mnie
skrzywdziła, myśli pani że ja nie cierpię? Ja boję się wyjść sama z domu, bo
wiem że ktoś może mnie zaatakować!
- Ona już tego nie zrobi,
przysięgam. Tylko wycofaj to oskarżenia. Nie niszcz jej życia…
- Ona SAMA je sobie zniszczyła!
Nie widzi pani, co się stało z pani córką? Stoczyła się na samo dno, a teraz
próbuje jeszcze mnie zniszczyć życie! Ja mam jej pomóc?
- Pomyśl o jej dzieciach…
- A pani niech o mnie pomyśli! –
krzyknęłam, wytrącona z równowagi – Straciłam moje dziecko, a Sarah rozpowiadała
po całej wsi, że je usunęłam, by wzbudzić litość. To najgorsza podłość!
- Ona żałuje, naprawdę! –
lamentowała pani Jones – Proszę, zapomnij o tym i daruj jej!
- Niech pani wyjdzie.
- Ulituj się!
- Proszę wyjść, to może nad tym
pomyślę.
- Dziękuję, dziękuję! – Jones
otworzyła oczy szeroko ze zdumienia – Niech ci Bóg to wynagrodzi! Niech ci
ześle zdrowe dzieci!
Popatrzyłam na nią z
niedowierzaniem. Jak w tej sytuacji śmiała życzyć mi zdrowych dzieci!? Trzeba
mieć tupet! Albo zupełną pustkę w głowie, o co najbardziej mogłam posądzać tę
kobietę.
- Proszę opuścić nasz dom! –
zagrzmiał John, wchodząc do pokoju.
- Ladacznica i kryminalistka! –
fuknęła jeszcze Josephine – Trzymaj się od mojej bratanicy z daleka!