Poprzednia, dwunasta część tutaj.
Thorin jakiś czas dochodził do
siebie po wyczerpujących torturach, zadanych mu przez Tauriel. Leżał na boku na
zimnej posadzce, próbując nie myśleć o fizycznym bólu i piekących ranach na
plecach. Zamknął oczy i wyobrażał sobie Erebor, wspominał jego piękno,
przypominał sobie każdy metr swego królestwa, każde pomieszczenie, pamiętał
każdy szczegół, mimo że minęło już tyle lat… W wyobraźni widział siebie i
swoich przyjaciół ponownie w Samotnej Górze, triumfujących i szczęśliwych.
Jednak zaraz potem przed oczami pojawił mu się ogień… Zacisnął powieki, spod
których wydostały się pojedyncze łzy. Wspomniał słowa Luthien, które tak mocno
zapadły mu w pamięć
- Jeśli to wszystko ma zakończyć
się w ogniu, spłoniemy razem – szepnął cicho – Patrząc, jak płomienie trawią
stoki Samotnej Góry…
Bilbo spojrzał na niego ze
zdumieniem i przybliżył się do krat bez słowa. Był bardzo ciekaw, o czym mówi
Thorin, lecz okazało się, że w jego zranionej, przepełnionej bólem duszy
powstaje właśnie pieśń…
- O mgliste oko u podnóża Góry,
strzeż uważnie dusz mych braci – mówił cicho, jakby wymawiał słowa modlitwy,
lekko nadając im rytm i melodię – A jeśli niebo pokryje ogień i dym, czuwaj nad
synami Durina…
Przerwał, czując nieopisany ból w
sercu. Po chwili jednak kontynuował, nieco głośniej i wyraźniej nadając słowom
melodię:
- A jeśli mamy zginąć, zginiemy
wszyscy razem, wznieśmy kielich wina ten ostatni raz… Ojcze nasz, Durinie,
przygotuj nas na to, kiedy będziemy patrzeć jak płomienie trawią stoki naszej
Góry. Niebo zesłało nam spustoszenie… Widzę ogień we wnętrzu Góry, ogień którym
płoną drzewa, widzę ogień drążący dusze, ten straszny krwisty podmuch…