Jakiś czas temu, a dokładniej 24 sierpnia, mój nasz ulubiony
aktor Richard Armitage, poinformował na swoim twitterowym koncie, że będzie brał
udział w sesji zdjęciowej promującej film „Hobbit. Bitwa Pięciu Armii”. Zastanawiając się przy tym, co zrobić z brodą. I wygląda na to, że autorka sesji pani Sarah Dunn
czwartek, 28 sierpnia 2014
środa, 27 sierpnia 2014
"Książę z lawendowych pól", fanfik autorstwa Kate. Część 9.
Notka: Autorem tego opowiadania jest Kate, która publikuje swoje opowieści na Wattpad. Prace Kate znajdziecie tutaj. Opowieść zainspirowana jest postacią Johna Standringa granego przez Richarda Armitage’a w serialu „Sparkhouse" polski tytuł”Dom na wrzosowisku” i nie ma na celu naruszenia praw autorskich.
---------------------
Poprzednia, ósma część tutaj.
Z podziwem obserwowałam wprawne
ruchy palców fryzjerki. Jak ona to robi, że operuje nożyczkami z taką
szybkością, a klientom nie dzieje się żadna krzywda? Znając moją niezdarną
naturę, zapewne poucinałabym ludziom uszy, gdybym to ja musiała wykonywać taką
pracę – na szczęście są lepsi ode mnie i od fryzjerstwa trzymałam się zawsze
daleko, choć przyglądanie się ich pracy było ciekawym i dość odprężającym doświadczeniem,
szczególnie że klientem był mój John i nie mogłam się doczekać, kiedy wstanie z
fotela. Zauważyłam, że zerka co chwilę niepewnie w moją stronę, ale ja udawałam
że nie zwracam na to uwagi, choć było to trudne. Niesforne pukle opadały jeden po
drugim na podłogę, odsłaniając długą szyję Johna, jego uszy, skronie, czoło… W
końcu uwolnił się od tej burzy włosów, która go ukrywała. Tak, teraz był po
prostu szalenie przystojnym mężczyzną, i chyba zauważyła to fryzjerka, która
spojrzała na efekt swojej pracy z podziwem, a zaraz potem na mnie z nutką
zazdrości w spojrzeniu. Ten mężczyzna był MÓJ, i tylko mój.
- Gotowe, panie Standring –
oznajmiła, kładąc dłonie na jego ramionach. Zerwałam się z krzesła, wyczuwając
zagrożenie.
- Dziękuję – John zarumienił się,
niepewnie spoglądając w lustro – To naprawdę ja?
- Tak, to właśnie ty, kochanie –
odparłam, podchodząc szybko i dając jej do zrozumienia, że nie podoba mi się
to, co zrobiła – Jesteś piękny.
- Nie mogę uwierzyć… Nigdy tak
nie wyglądałem!
- Teraz już zawsze będziesz tak
wyglądał.
- Muszę przyznać, że ta pozornie
niewielka metamorfoza jest mimo wszystko najbardziej spektakularną, jaką udało
mi się zrobić – odezwała się fryzjerka – Wygląda pan niesamowicie korzystnie.
- Prawda? Mówiłam kochanie, że
teraz żadna kobieta nie będzie mogła ci się oprzeć…
- Ale ja kocham tylko ciebie –
szepnął cichutko. Uśmiechnęłam się triumfująco.
- Wiem – spojrzałam twardo na
fryzjerkę – Ja ciebie też.
Zapłaciliśmy szybko i wyszliśmy
na zewnątrz. Zatrzymałam się na chodniku i patrzyłam na niego z zachwytem.
- Boże, nie mogę uwierzyć… Jesteś
kompletnie innym mężczyzną, John. Wyglądasz jak milion dolarów, jak… jak
hollywoodzki aktor!
- Przestań, Katie!
- Pocałuj mnie – poprosiłam –
Chcę wiedzieć, jak całuje mój John po tak wielkiej zmianie.
- Ale Katie, to nadal ja, nie
zmieniłem się…
- A ja nadal chcę, abyś mnie
pocałował.
wtorek, 26 sierpnia 2014
Nowe zdjęcia Richarda Armitage’a jako Johna Proctora.
Do końca grania dramatu „The Crucible” zostało mało czasu (ostatni
spektakl zaplanowany jest na 13 września) a na stronie The Anglophile Channel pojawiły się dwa
zdjęcia Richarda Armitage’a jako Proctora autorstwa Jay’a Brooksa.
Dorota widziała „The Crucible”.
Dziś chciałabym Wam przedstawić wrażenia Doroty, komentatorki tego bloga, z obejrzenia spektaklu „The Crucible”, granego w The Old Vic Theatre w Londynie. Mam nadzieję, że dla Was tak jak dla mnie będzie to ciekawa lektura.
Doroto, wielkie dzięki za przesłanie mi Twojej relacji i za zgodę na umieszczenie jej na blogu.
***
Obejrzałam „The Crucible” w Old Vic Theatre w sobotę 23 sierpnia. Było to drugie przedstawienie tego dnia. Powodem, dla którego pojechałam na ten dramat do Londynu, był oczywiście Richard Armitage a nie Arthur Miller.
![]() |
Zdjęcie autorstwa Jay’a Brooksa. Źródło
|
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Karo widziała „The Crucible”.
Przypuszczam, że większość z Was
czytających komentarze do tego posta zapoznała się z relacją Karo, komentatorki
tego bloga, o emocjach jakie jej towarzyszyły podczas dwukrotnego obejrzenia
spektaklu „The Crucible”. Nie chciałam jednak, aby jej relacja zagubiła się w bogactwie
naszych komentarzy a i Karo zgodziła się, abym mogła jej wrażenia umieścić w
dzisiejszym poście, za co wielkie dzięki Karo. I mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że poprawiłam niektóre literki. Więc, oto raport Karo.
sobota, 23 sierpnia 2014
Richard Armitage wsparł akcję „ALS Ice Bucket Challenge”.
Richard Armitage przyjął wyzwanie od The Anglophile Channel ( wyzwanie Marlise Boland możecie zobaczyć tutaj) i wziął udział w akcji „ALS Ice Bucket Challenge” po spektaklu "The Crucble" przy "stage door". O czym poinformował na swoim tweeterze. A widea z tego wydarzenia możecie zobaczyć poniżej.
piątek, 22 sierpnia 2014
Happy 43rd birthday, Richard Armitage! Sto lat Ryśku!
Lub jak tu świętować urodziny pana Armitage’a?
Hmmm... Zastanawiam się co należałoby przygotować.
I gdy tak o tym myślę, to widzę, że Thorin spojrzał na mnie wzrokiem, od którego zadrżało mi serce
i podpowiedział tym swoim niskim głosem, że wszystko czego potrzeba, to:
„Loyalty. Honor. A willing heart...”
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Wyprawa do Londynu. Czyli Dziewczyny widziały „The Crucible”!
Dziś mam ogromną przyjemność podzielić się z Wami relacją z
wyjazdu do Londynu autorstwa Kasieńki, komentatorki tego bloga. Z wyjazdu, gdzie
celem było zobaczenie naszego ulubionego
aktora Richarda Armitage’a (tu często zwanego Ryśkiem, Rysiem) w roli Johna Proctora w
spektaklu „The Crucible”. Mam nadzieję, że tak jak dla mnie i dla Was będzie to interesująca lektura.
Kasieńko, bardzo Ci dziękuję za tą tak cudnie szczegółową relację oraz za zgodę na umieszczenie jej na blogu.
Pierwsza wyprawa „na Ryśka”, pierwsza wyprawa do Londynu i
pierwsza wyprawa na taką odległość organizowana zupełnie samodzielnie. I
oczywiście związany z tym lęk: czy wszystko uda się załatwić, dograć, czy
nie pogubię się w internetowych formalnościach związanych z rezerwacjami,
opłatami, potwierdzeniami. Załatwianie pewnych rzeczy osobiście, w okienku
kasowym wydaje mi się jednak bardziej „namacalne” i pewniejsze niż klikanie w
linki na stronach www (jestem przecież z pokolenia, które pamięta jeszcze czasy
bez internetu). A gdy już wszystkie formalności zostają dopełnione, pojawia
się następna obawa: oby nic się nie wydarzyło do czasu wyjazdu, nie daj
Boże, żeby przytrafił się jakiś losowy wypadek. I obgryzanie paznokci, i
skreślanie dni w kalendarzu, i odprowadzanie tęsknym wzrokiem każdego samolotu lecącego
w kierunku zachodnim.
Wreszcie nadchodzi TEN dzień, wylatujemy z Polski, żegnane upałami, ze świadomością, że w Londynie będzie o wiele chłodniej, ale na pewno rozgrzeją nas emocje. Z okien zniżającego się nad Anglią samolotu widać malownicze wioseczki i miasteczka kojarzące się nam a to ze „Sparkhouse”, a to z „Vicar of Dibley” (no bo przecież niemożliwym jest, żebyśmy miały jakieś inne skojarzenia :-)), podświadomie szukamy więc wzrokiem Standringa wśród owiec lub Harry’ego kręcącego się przy jednym z murowanych kościółków. Aura przecudna, nie licząc kilku chmurek.
W miarę jak lotniskowy autobus zbliża się do Londynu pogoda robi się coraz bardziej niepokojąca – niskie, ołowiane chmury, później drobny deszcz, później coraz gęstszy…Miny nam rzedną, bo już niedługo trzeba będzie wysiadać, a tu ulewa na przemian z gradobiciem! Można powiedzieć, że wjechałyśmy do Londynu z hukiem i pompą. Wejście do metra na szczęście jest tuż przy przystanku, a nasz hotel tuż przy wyjściu z metra, więc uszło nam na sucho. :-)
Kasieńko, bardzo Ci dziękuję za tą tak cudnie szczegółową relację oraz za zgodę na umieszczenie jej na blogu.
Przygotowania.
Wreszcie nadchodzi TEN dzień, wylatujemy z Polski, żegnane upałami, ze świadomością, że w Londynie będzie o wiele chłodniej, ale na pewno rozgrzeją nas emocje. Z okien zniżającego się nad Anglią samolotu widać malownicze wioseczki i miasteczka kojarzące się nam a to ze „Sparkhouse”, a to z „Vicar of Dibley” (no bo przecież niemożliwym jest, żebyśmy miały jakieś inne skojarzenia :-)), podświadomie szukamy więc wzrokiem Standringa wśród owiec lub Harry’ego kręcącego się przy jednym z murowanych kościółków. Aura przecudna, nie licząc kilku chmurek.
W miarę jak lotniskowy autobus zbliża się do Londynu pogoda robi się coraz bardziej niepokojąca – niskie, ołowiane chmury, później drobny deszcz, później coraz gęstszy…Miny nam rzedną, bo już niedługo trzeba będzie wysiadać, a tu ulewa na przemian z gradobiciem! Można powiedzieć, że wjechałyśmy do Londynu z hukiem i pompą. Wejście do metra na szczęście jest tuż przy przystanku, a nasz hotel tuż przy wyjściu z metra, więc uszło nam na sucho. :-)
Hotelik, jaki udało mi się zarezerwować, o ten właśnie:
![]() |
| Zdjęcie autorstwa Kasieńki. |
dzieli od teatru tylko jedna
przecznica. Po zrzuceniu bagaży w pokoju udajemy więc się tam w podskokach,
by jak najszybciej odebrać bilety i mieć już 200% pewność, że żadne siły
naturalne i nadnaturalne nie przeszkodzą nam w jutrzejszym delektowaniu się
Ryśkiem.
niedziela, 17 sierpnia 2014
Ósmy tydzień po premierze „The Crucible”.
Oto kilka zdjęć pana Armitage’a przy „stage door” , które
znalazłam w tym tygodniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




